-1
Moje relacje z ludźmi ostatnich dwudziestu lat były głęboko niesatysfakcjonujące.
Poznałem w życiu wiele osób, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi to coś dało. Mam wrażenie, że zawsze byli na dystans. Zwłaszcza kobiety. Były, więcej niż raz, przyczyną złamanego serca. Sprawiały, że czułem się odmienny i wykluczony.
Są rzeczy, które koszmarnie mi wspominać. Pamiętam szok, gdy nie mogłem znaleźć wsparcia u ludzi, których uważałem za bliskich znajomych. Odtrącenie, gdy włóczyliśmy się grupą po Krakowie, poznając znajomych kumpla, a potem wszyscy zostali zaproszeni na Sylwestra - poza mną. Uczucie bycia pozostawionym na śmierć, gdy odsuwali się ode mnie ludzie, na których liczyłem.
Gorzkie to.
Może są jakieś niepisane reguły relacji z ludźmi. Poświęcanie im masy czasu - inaczej zapomną o tobie, jak zwierzątka domowe o krótkiej pamięci. Wtedy sam jestem sobie winien, że nie umiałem w to grać. Nie wiem.
Czasami też czułem się jak trędowaty. Szczególnie przy kobietach. Jakby były mną zainteresowane, ale spoglądały pod maskę - i szybko uciekały. Może ludzie spodziewają się po mnie kogoś innego, niż widzą. Podobno jestem na spektrum autyzmu. Podobno nie widać tego przy pierwszym spojrzeniu.
W każdym razie - czas i wysiłek poświecony relacjom z ludźmi (kiedy byłem młodszy, nawet chodziłem na imprezy i w inne miejsca, których nie lubiłem. Głupiec!) wróciły do mnie głównie cierpieniem.