Dla przyjaciół
Minęło prawie 4 lata od ostatniej "przygody" i nadal się po niej nie podniosłem. Mam wrażenie, że czasami nawet stosunkowo bliscy mi ludzie nie zdają sobie sprawy, co czułem i nadal czuję - stąd pomysł, aby to napisać.
Pierwsze lata niezmiennie miałem wrażenie, że jestem jak bokser uderzony w głowę, któremu ciągle szumi w uszach; jak trup, któremu w kostnicy powiedzieli, że nie mają miejsca i aby wrócił później - więc zaczął się snuć bez celu po świecie. Przestałem widzieć jakąkolwiek przyszłość, w której chciałbym uczestniczyć, cokolwiek, do czego warto by było dążyć. Wewnątrz czułem się martwy; wszystko, czego doświadczałem było jakby ukryte za jakąś zasłoną lub mgłą. Pozytywne przeżycia nie docierały do mnie, negatywne były słabsze, ale nadal się przebijały. Nie miałem marzeń innych niż to, aby poprzednie zdarzenia się nigdy nie wydarzyły.
Regularnie wracały do mnie przykre myśli i zabierały mnie całego dla siebie; gdy po paru miesiącach wyczerpała się siła woli aby działać mimo nich - nie byłem w stanie od nich się oderwać do czegokolwiek więcej niż prostych czynności fizycznych. Zacząłem brać leki - gdyby nie one, nie byłbym w stanie pracować więcej niż 2-3 dni w tygodniu. Z nimi też musiałem zrezygnować z jednego dnia.
Losowe rzeczy przypominały mi o przykrych wydarzeniach z taką intensywnością, że traciłem wolę do życia. Zacząłem unikać pewnych miejsc w mieście, pewnych osób, gier i tematów w rozmowie (to szkodliwe na dłuższą metę - pamiętajcie o tym).
Stopniowo - prawdopodobnie dzięki lekom - najgorsze momenty stały się bardziej znośne. Jestem w stanie lepiej niż kiedyś podejmować działanie, mimo że czuję się źle. Nauczyłem się również radzić sobie z rzeczami, które przywołują negatywne wspomnienia w taki sposób, aby nie pogarszać sprawy.
Parę miesięcy temu odczułem, że zniknęła ściana, która oddzielała mnie od negatywnych uczuć. Z dużo większą siłą zacząłem czuć odrazę, żal, rozpacz i gniew. Z pozytywnymi nic się nie zmieniło, nadal nie czuję ich lub są jakby zamglone. Może to nie brzmieć jak dobra zmiana, ale dla mnie jest nią - przynajmniej nie czuję się już w stu procentach jak żywy trup. Miałem tego dosyć. Może to też jakiś znak, że przetwarzam to, co się wydarzyło.
Jak jest dziś? Mam wrażenie, że moi znajomi myślą, że mam dobre i złe dni, a w tych dobrych jestem taki, jak wcześniej. Może dlatego, że mam tendencję do uśmiechania się - głupi, automatyczny grymas który często prezentuję w kontaktach z ludźmi. Ale nie jest tak. Lepsze dni są dla mnie najwyżej nijakie, złe są złe. 7 dni w tygodniu, 52 tygodnie w roku.
Nie wróciło do mnie normalne odczuwanie przyjemności ani pragnienie czegokolwiek, może z wyjątkiem nielicznych eksperymentów z narkotykami z grupy pochodnych extazy - ale nie zawsze i na krótko.
Nie widzę przyszłości, nie mam marzeń innych niż zmiana przeszłości. Funkcjonuję jakby z rozpędu, tak jak zawsze to robiłem w trudnościach - jak robot lub maszyna; jak jakiś żywy przykład na wolę życia Schopenhauera. Może byłoby dla mnie lepiej, gdybym załamywał się gwałtowniej i efektowniej. Może nie - ludzie i tak nie byli mi w stanie istotnie pomóc w tych problemach.
Regularnie wraca ból psychiczny - tak jak dziś - chociaż nie jest już tak zaborczy jak wcześniej. Albo stałem się lepszy w działaniu mimo niego.
Nadal czuję, że coś wewnątrz mnie wtedy umarło. Albo zaczęło wrzeszczeć (z bólu?) i nigdy nie przestało.
Komentarze